1 lipca 2019. Dziś kolejny, długi odcinek do przebycia, 416 km nienajlepszą drogą. Nawierzchnia nie byla zła lecz teren mocno pofałdowany a droga momentami dość kręta. Co jakiś czas znaki drogowe ostrzegające przed przechodzącymi drogę zwierzętami. Po doświadczeniach ostatnich dwóch dni stwierdziliśmy, że jak jest znak uwaga słonie, to oznacza że ich nie spotkamy. Znów się sprawdziło. Po drodze mieliśmy tylko jeden przystanek: miasto Opuwo, największe w regionie. W lokalnym sklepie Spar uzupełniliśmy zapasy. Spotkałam tam kobiety Himba w tradycyjnych strojach, przechadzające się z koszykami między regałami. Nie miałam jednak odwagi robić zdjęć. Po wyjściu ze sklepu zostałam zaatakowana przez kobiety sprzedające bransoletki. Aż mój mąż chciał interweniować. Poradziłam sobie jednak sama, podnosząc głos i mówiąc, że ponieważ są takie agresywne nic nie kupię od żadnej. Tak uczyniłam i odjechaliśmy w stronę następnego noclegu w Epupa Falls. Samo Opuwo jest niesamowitą mieszanką ludzi różnych kultur. Ubrani po europejsku, eleganccy panowie w ciemnych garniturach i białych koszulach, panie w biurowych sukienkach, kobiety Herero w wiktoriańskich kiecach, półnagie Himby wysmarowane ochrą, dzieci w mundurkach szkolnych. Różne odcienie skóry, brak tylko bladych twarzy (poza naszymi).

Droga z Opuwo do Epupa Falls była nieco gorsza niż ta wiodąca do Opuwo za to bardziej malownicza. Nie zmienia to faktu, że bardzo nam się dłuzyła. Dotarliśmy na miejsce przed przepisową 17.30 a tam inny świat. Błękitna woda w rzece, palmy i inna roślinność i… cieplutko! Pierwsza noc, gdy było nam za ciepło. Poszliśmy zobaczyć wodospad. Mimo, że poziom wody w rzece był rekordowo niski, wodospad szumiał głośno i wyglądał pięknie.

Po drodze mijaliśmy tzw regionalny targ, gdzie kupiliśmy kilka drobiazgów.

2 lipca 2019. O poranku zrobiłam kilka zdjęć rzeki i wracając na nasze obozowisko, z daleka dostrzegłam marsowe miny ekipy. Powitały mnie słowa: mamy poważny problem. Okazało się, że auto państwa S. zamknęło się z kluczykami w środku! Dzwonili do wypożyczalni, lecz klucze z Windhuk mogły dojechać do nas za dwa dni (to kawał wyboistej drogi). Zrobiło mi się gorąco, na wybijanie szyby się nie zgodziłam. Po przeanalizowaniu wszystkich opcji zdecydowaliśmy się na demontaż zabudowy paki i próbę dostania się do środka przez szybkę z tyłu. Na szczęście z odsieczą ruszyli pracownicy kempingu z kluczami dynamometrycznymi. Sprawnie ściągnęli aluminiową zabudową i już prawie wybili okienko, gdy poprosilam żeby może spróbowali ją otworzyć wygiętym drutem wsuniętym przez szybę w tylnych drzwiach. Kicia sprawdził jak to się otwiera w naszym aucie i… UDAŁO SIĘ! Kluczyki zostały wyjęte przez najdrobniejszego z panów (to okienko jest maleńkie) a zabudowa sprawnie zamontowana. O 11.30 mogliśmy więc ruszać w drogę. Do przejechania było 365 km z czego pierwsza połowa drogą wzdłuż rzeki Kunene drogą dość trudną a druga asfaltem.

Nie spotkaliśmy żadnego samochodu a jedynie piechurów. Okazało się, że po drodze jest wiele wiosek plemienia Himba. Mieszkanki jednej z nich spotkaliśmy i o obdarowaniu jej zdjęciami zorganizowaliśmy małą sesję zdjęciową.

I tak w nieoszałamiającym tempie dotarliśmy do Ruacana. Popatrzyliśmy smętnym wzrokiem w miejsce, gdzie powinien płynąć oszałamiający wodospad i ruszyliśmy w stronę asfaltu. Wodospad Ruacana jest ogromny. Ma 120 m wysokości i 700m szerokości. W porze deszczowej dorównuje wielkością wodospadom Wiktorii. Niestety w porze suchej praktycznie znika, zwłaszcza od czasu, gdy tuż nad nim wybudowano elektrownię wodną. Jest to największa elektrownia w Namibii dostarczająca prąd większości kraju. Nie mając cudu natury do podziwiania, dodaliśmy gazu i już po gładkiej i niepylącej szosie dojechaliśmy do hotelu w Ongwediva. Byliśmy tak zmęczenie, że zapomnieliśmy odszukać słynnego baobabu, w którym urządzono kaplicę.

Hotel nas mile zaskoczył komfortem, bo do nieskazitelnej czystości byliśmy już przyzwyczajeni. Spożyliśmy kolację i udaliśmy się na spoczynek. Jutro wielki dzień: ETOSHA.

3-5 lipca 2019. Dziś wjechaliśmy do największego parku narodowego Namibii. Etosha jest jednym z największych parków narodowych na świecie. Ma 22 270 km2 powierzchni (to o 10% więcej niż Słowienia) i został utworzony w 1907 r. Jego centralną częścią jest ogromne, okresowe słone jezioro. Płaska depresja w porze suchej pokryta jest popękaną, białą skorupą. Wszędzie unosi się biały pył. Przy drogach roślinność jest upudrowana na biało. Wygląda jakby wszystko było oszronione. Dziwne uczucie, jak w White Sands w Nowym Meksyku. W parku znajduje się busz, sawanna i rozległe łąki. Teraz, zimą wszystko było biało-beżowe z kleksami niebieskawej zieleni. Do tego błękitne, bezchmurne niebo. Bardzo malownicze tło dla zwierząt których spotkaliśmy ogromne ilości. Wystarczyło o świcie ruszyć do wodopojów (dobrze oznaczonych na mapach parku) i udane obserwacje gwarantowane. Wieczorami zaś można było obserwować lub, tak jak to uczynił Kicia (mąż), fotografować wspaniałe, nocne niebo Namibii. Spędziliśmy tam trzy dni. Jedną noc na kempingu Namutoni a dwie następne na Halali. Świetnie miejsca. Każde z nich miało taras widokowy z którego można było oglądać usytuowany tuż za odgrodzeniem pod napięciem wodopój, gdzie wieczorem przychodziły napić się rozmaite zwierzęta. Zamiast opisywać co widzieliśmy wrzucam zdjęcia. Zarówno te z obserwacji, jak i obozowego życia.

6 lipca 2019. Dziś ostatni dzień naszego Safari. Wizytujemy prywatny rezerwat Erindi i jutro jedziemy do Windhuk. Z wielkiej afrykańskiej czwórki żyjącej w Namibii nie widzieliśmy tylko lamparta i właściwie nie mieliśmy nadziei na spotkanie tego perfekcyjnie zamaskowanego kota.

7 lipca 2019 Zamówliśmy tzw game drive, czyli przed wschodem słońca wyruszyliśmy odkrytym terenowym autem na objazd rezerwatu z nadzieją na interesujące nas obserwacje zwierząt. Piękna wycieczka. Spotkaliśmy dropa olbrzymiego, marabuty, słonie, żyrafy, sporo antylop i lwa. W pewnym momencie usłyszeliśmy okrzyk „cheetah” i gest wskazujący zarośla. Zrobiłam zdjęcie ledwie widząc cel. Jakież było moje zdumienie, gdy Madzia po zobaczeniu powiększeń zasugerowała, że był to lampart. Zrzyciłam zdjęcia na komputer i faktycznie. Widzieliśmy lamparta! Nasze szczęście z Etoshy nadal działało. Do kompletu jadąc do Erindi, tuż przy drodze spotkaliśmy mrównika. Podobno niełatwo go w dzień zobaczyć 🙂

nasze obozowisko

Nadszedł koniec naszej przygody. Wracamy dziś do Windhuk. Ostatni nocleg w hotelu i jutro zwracamy auta, przemieszczamy się na lotnisko i rozpoczynamy 22 godzinną drogę do domu.

8-9 lipca 2019. Podróż przebiegła bez żadnych problemów. Wszystkie trzy samoloty były punktualne. Lot z Johannesburga do Londynu odbyliśmy Airbusem 380 na pięterku. Było sporo miejsc wolnych, więc było dość wygodnie. Jedyny zgrzyt miał miejsce na Heathrow. Starbucks miał awarię terminala i można było płacić wyłącznie gotówką. Funtów nie miał nikt z nas, więc tylko wąchaliśmy aromat kawy. Nauczka na przyszłość, żeby mieć nieco drobnych w walucie krajów tranzytowych. W domu przywitały nas stęsknione koty 🙂 Wakacje bardzo się udały, ekipa sprawdziła się w boju. Niedługo pomyślimy nad przyszłoroczną destynacją. A do Namibii jeszcze wrócimy. Wszak został do zeksplorowania Caprivi pas 🙂

pierwsza część naszej wyprawy
i druga część