Z Sesriem do Palmwag

26.06.2017

Pobudka w Sesriem, jak zwykle rześki poranek. Po śniadanku zaplanowaliśmy dwie atrakcje: kanion Sesriem i ogromne wydmy w Sossusvlei. W drodze z łazienki poobserwowałam przez chwilę kolonię wikłaczy. Ależ się te małe, podobne do naszych wróbli, ptaszki uwijają. Jeszcze jedna trawka, jeszcze patyczek a gniazdo rośnie i rośnie.

Kanion bardzo urodziwy, pospacerowaliśmy w nim ponad godzinę. Poza trójką Koreańskich chłopców filmujących z zapamiętaniem dronem w zakazanym miejscu (poinformowaliśmy ich o tym i przerazili się nie na żarty) oraz dziwacznymi chrząszczami nie spotkaliśmy nikogo.

Po wyjściu z kanionu ruszyliśmy w kierunku wielkich, rudych wydm do Sossusvlei. Okazało się, że nasz kemping jest położony na terenie parku narodowego i nie należy z niego wyjeżdżać tylko pojechać przez cały do drugiej bramy. Uwaga: po asfalcie. Drogowskaz wskazał 60 km. Ruszyliśmy więc. Na 45 km napotkaliśmy słynną dune 45, nie zatrzymaliśmy się przy niej, postanowiliśmy zrobić to w drodze powrotnej. To z niej ogląda się wschody słońca, który z racji koszmarnego zimna przed świtem, odpuściliśmy.

Gdy dotarliśmy na miejsce, musieliśmy przełączyć napędy na 4×4, bo nie tylko skończył się asfalt, ale zaczęła droga w bardzo głębokim piasku. do parkingu przy Deadvlei dotarliśmy bez problemów. teraz czekał nas kilometrowy spacer przez wydmy do tej słynnej i chyba najbardziej obfotografowanej doliny. Nie jest łatwo chodzić po tym miałkim i ciągle obsypującym się piasku. Ten kilometr dłużył mi się niemiłosiernie. Sapałam jak stara lokomotywa i wreszcie ukazało nam się Deadvlei w całej okazałości. Niesamowite miejsce. Wokół wysokie, czerwone wydmy a w środku jasny, płaski placek ze stojącymi uschniętymi i poczerniałymi akacjami. Z jednej strony przepięknie a z drugiej trochę strasznie, jak kadr z postapokaliptycznego filmu. Generalnie jeżdżąc po namibijskich szutrach zrozumieliśmy czemu tu kręcono ostatniego Mad Maxa.

Doga powrotna nie była usłana różami. Szymek ruszył z fantazją i zakopał się po progi. Nie pomagało nic, a próby wypchnięcia z tej grząskiej pułapki ponad 2,5 tonowego potwora spełzły na niczym. Wokół cisza i bezruch, pomocy znikąd. Tylko oryksy postanowiły się poprzyglądać cudakom z nieruchawym, śmierdzącym kawałem złomu. Nagle, gdy już zaczynaliśmy się niepokoić, że spędzimy tu noc, nadjechał samochód wyładowany ludźmi skorymi do pomocy. Okazało się, że to Szkoci. Pomogli w odkopaniu auta, spuszczeniu powietrza z opon i wypchnięciu nas na stabilniejszy grunt. Cała akcja zajęła nam godzinę. Niby niewiele, ale na oglądanie zachodu słońca z dune 45 niestety spóźniliśmy się. Mimo tego i tak było zajefajnie a dzień uznaliśmy za niezwykle udany. Kolację tym razem spożyliśmy w kempingowej restauracji.

27.06. 2019

Nauczeni doświadczeniem, że tutejsze drogi mają bardzo różny stopień trudności i ciężko szacuje się czas przejazdu, zwłaszcza dużych odległości, wstaliśmy o brzasku i po solidnym śniadaniu ruszyliśmy do Swakopmund. Droga wiodła przez Park Narodowy Namib Naukluft i była zaiste różnorodna. Jechaliśmy przez płaskie, puste równiny. Przeprawialiśmy się przez góry, krętymi serpentynami. Przez chwilę mieliśmy wrażenie, że wylądowaliśmy na księżycu. Odwiedziliśmy też maleńką osadę Solitare i zjedliśmy słynną szarlotkę. Surrealistyczne doświadczenia. Szarlotka in the middle of nowhere.

Jechaliśmy i jechaliśmy aż naszym oczom ukazało się morze. Najbardziej zadziwiająca tego dnia rzecz. Pustynia z wielkimi wydmami dochodzi do oceanu. Wygląda jakby była to jedna, gigantyczna, bezkresna plaża. Ocean zaś jest tu dziki i zimny.

Pół godziny póżniej dotarliśmy do Swakopmund. Tu mieliśmy spędzić dwie najbliższe noce nurzając się w luksusie w wynajętym domku.

Swakopmund to taki tutejszy Kołobrzeg. Śliczny i czyściutki. Absolutnie nie afrykański. Ot kawałek wybrzeża Bałtyku z niemieckim porządkiem i domami z murem pruskim.

28.06.2019

Najpierw ruszyliśmy do Walvis Bay nad brzeg laguny zobaczyć flamingi. Były i pięknie pozowały do zdjęć. Po powrocie odwiedziliśmy molo, opędzając się od nachalnych sprzedawców pamiątek. Zjedliśmy rybę w smażalni w starym autobusie oczywiście podana ze wspaniałymi frytami i sosem remulade. Pycha. Na koniec wypiliśmy przepyszną kawę w jednej z hipsterskich kawiarni. Wieczór przeznaczyliśmy na biesiadowanie i mało romantyczne czynności, jak pranie 🙂

29.06.2019

O poranku pakowanie, zakupy spożywcze i wyjazd.

Cel Spitzkoppe czyli namibijski Materhorn. Droga nie jest daleka, wiedzie przez Park Narodowy Dorob i jest niezwykle nudna. Płasko, pusto, piaszczyście. Wszędzie pył. Wjechaliśmy na kawę do Henties Bay. To był nasz ostatni przystanek przed celem. Dalej droga była coraz gorsza, by ostatnie 30 km umęczyć nas koszmarną tarką. Wreszcie dotarliśmy. Wybraliśmy miejsce blisko łazienek, okazało się że jedyni, bo wszyscy upychali się w pobliżu słynnego skalnego mostu. My odpuściliśmy, napatrzyliśmy się na skalne mosty w parku narodowym Arches w Utach.

Wieczór zaskoczy nas ciepełkiem, bo 5 stopniach w bagatelle i 13 w Swakopmund, tu było przyjemnie. Wiał ciepły wiaterek. Pobiesiadowaliśmy przy ogniu a Wojtek wreszcie pofotografował niebo. Droga mleczna wyszła jak marzenie. Stwierdził jednak, że warunki były na pustyni Kalahari dużo lepsze.

W nocy po naszym obozowisku kręcili się jacyś ludzie. Uznaliśmy, że strażnicy. Nic się nie stało, nic nie zginęło.

Wczesnym rankiem pobudka, śniadanie i start. Do przejechania mamy 400 km. A po tej tarce nie dało się jechać szybciej niż 40 km/h. Pożegnaliśmy więc Spitzkoppe i pognaliśmy w kierunku Palmwag. Może będzie dane nam zobaczyć pustynne słonie.

Droga, mimo że przepiękna i urozmaicona, wyjątkowo nam się dłużyła. Do tego dochodziła słaba nawierzchnia, więc z ulgą zatrzymaliśmy się na chwilę w Uis (mała mieścina blisko kopalni). Tam spotkaliśmy pierwsze, podczas tej wyprawy kobiety Herero sprzedające laleczki. Podeszłam do pierwszej i zapytałam, czy zgodzi się na zdjęcie. Odparła, że jeśli kupię coś od niej, to tak. Ponieważ i tak miałam w planach zakup lalki szybko dobiłyśmy targu. Zrobiłam jej zdjęcie i wyjęłam z torebki maleńką drukarkę do zdjęć Polaroid, którą specjalnie na ten wyjazd nabyłam. W ciągu niespełna minuty wydrukowałam zdjęcie i jej podałam. Ogromne zaskoczenie na twarzy potwierdziło, że był to świetny pomysł. Pokazała je natychmiast koleżance, która zapragnęła też takiej fotki :). Sesja zdjęciowa trwała kilka minut. Odjechałam zadowolona, panie entuzjastycznie nam machały :).

Kolejnym przystankiem było Living Museum ludu Damara. Jest to najliczniejsza grupa etniczna Namibii licząca około 200 tys osób i stanowiąca 8% ludności kraju. Z tego ludu pochodzi obecny prezydent Namibii. Posługują się językiem Nama, który przejęli od Buszmenów (ten klikająco-mlaszczący). Razem z Buszmenami są uznawani za najstarsze ludy zamieszkujące Namibię. Dostrzegając, że ich tradycyjny styl życia i kultura zanikają podjęli, wraz z rządem Namibii, decyzję o utworzeniu tzw. Living Museums czyli wiosek demonstracyjnych. Są to takie skanseny, gdzie tradycyjni ubrani mieszkańcy zapoznają turystów ze swymi tradycjami, sposobami przetrwania na pustyni, leczenia i rzemiosłem. Wspaniałe miejsce. Można sporo dowiedzieć się a do tego nie czuje się człowiek, jak intruz włażący komuś w prywatne życie z butami. Zdecydowaliśmy, jeszcze w Polsce, że będziemy odwiedzać tylko takie miejsca i nie korzystać z lokalnych przewodników, którzy oferują podwózkę do „autentycznej” wioski. Wchodzenie do chat Himbów i podglądanie jak się okadzają czy namaszczają uważam za conajmniej niegrzeczne i niesmaczne.

Ta wizyta była super! Zobaczyłam jak produkuje się noże, biżuterię ze skorup jaj strusi i nasion. Do tego z dużą przyjemnością zatańczyli dla nas i zaśpiewali. To wszystko dla naszej 5 osobowej grupy. Przewodnik opowiedział nam o ich życiu, pokazał tradycyjną grę podobną do go :). A do tego wyglądali przepięknie. Kupiliśmy pamiątki w tym śliczne bransoletki, w jednej z nich chodziłam do końca wyjazdu. Na koniec Pan Przewodnik zrobił nam „makijaż” z ochry.

Stamtąd niedaleko już mieliśmy do naszego kempingu w Palmwag. Tam po kolacji posiedzieliśmy w barze i tradycyjnie po 21 udaliśmy się na spoczynek. Słonie nie przyszły. Noc była znów chłodna a poranek bardzo rześki.