Z Windhuk do Sesriem

22.06.2019 Wystartowaliśmy. Podróż nie zapowiadała się ani na łatwą ani na krótką. Najpierw z Warszawy do Londynu, tam przesiadka i lot do Johannesburga i kolejna przesiadka do Windhuk. Start o 18.25 w sobotę a lądowanie w Windhuk o 14 w niedzielę. Łącznie, bagatela, ponad 21 godzin… 

British Airways okazały się liniami średnimi. Z jednej strony punktualne, z drugiej karmią słabo i mają niewygodne fotele. Lot z Warszawy do Londynu zaskoczył nas bardzo- nawet łyka wody nie podali. Dalej było nieco lepiej a najlepiej na ostatnim odcinku lotu.

23.06.2019 Gdy dotarliśmy do celu, najpierw zaskoczyło nas, że pasażerowie ubierają się w puchowe kurteczki i czapki. Wyszliśmy na płytę lotniska a tu przyjemne ciepełko i lekki wiatr. Na moje oko około 24 stopni. Cieniasy 😀

Kolejka przed imigracją nieco się dłużyła, ale po pół godziny wreszcie ruszyliśmy po odbiór walizek. Podczas odprawy bagażowej w Warszawie miła pani straszyła, że bagaże są okradane, cyt.: „nawet długopisy wyciągają”, uspokajam: nic nie zginęło.

Za bramkami, w hali przylotów czekał na nas kierowca, który naszą piątkę zawiózł do wypożyczalni aut. Zaprosił mnie do przodu a ja, ku uciesze reszty, usiłowałam władować się za kierownicę. Chwilę potrwa zanim przyzwyczaję się do lewostronnego ruchu.

Wypożyczyliśmy dwie Toyoty Hilux z 2,4 l sinikami diesla, z namiotami na dachu i pełnym wyposażeniem kempingowym, przygotowane na tzw. self-drive po Namibijskich bezdrożach. Będąc uczciwą muszę zaznaczyć, że poruszać będziemy się wyłącznie po drogach, jednak ich większość w Namibii jest szutrowa, różnej klasy i jakości. Od gładkich jak stół do koszmarnej tarki. Mają wspólną cechę, niemiłosiernie pylą. W Namibii panuje obecnie największa susza od 90 lat. Jest koszmarnie sucho i pyli się wszędzie.

Pierwszą noc spędziliśmy w Windhuk w wynajętym przez booking.com mieszkaniu. Kolację spożyliśmy w opisywanym wszędzie Joe’s Beerhouse. Miejsce to jest zaiste godne polecenia. Klimatyczne z pysznym jedzeniem a i ceny nie powalają. Zjadłam szaszłyka z mięsem kudu, zebry, oryksa i springboka. Przepraszam czytających to wegan i wegetarian ;). Restauracja znajduje się na Nelson Mandela Avenue 160 i jest czynne codziennie od 12 do 23, jedynie w piątki i niedziele startują o 11.

24.06.2019 Rano ruszyliśmy na nasz pierwszy kemping, do Bagatelle Kalahari Game Ranch, jak nazwa sugeruje usytuowane na pustyni Kalahari. Droga była bardzo dobra, w większości z asfaltową nawierzchnią. Ruch, po odjechaniu jakichś 10 km od Windhuk prawie żaden. Wypatrywaliśmy zwierząt. Widzieliśmy w oddali oryksy i springboki oraz co jakiś czas mijaliśmy drzewa uginające się pod wielkimi koloniami wikłaczy. To małe ptaszki z rodziny wróblowatych, budujące ogromne, wielorodzinne gniazda. Wyglądają jakby ktoś na drzewo wrzucił kopkę siana. minęliśmy też Zwrotnik Koziorożca, zwany w pewnych kręgach jednorożcem i spotkaliśmy pierwszą żyrafę 🙂

Przed 17.30 (do takiej godziny możemy poruszać się po drogach publicznych ze względu na ubezpieczenie) dotarliśmy do Bagatelle. Po zameldowaniu się poszliśmy zobaczyć surykatki oglądające zachód słońca. Jest ich tu zatrzęsienie, trzeba patrzeć pod nogi, żeby nie wpaść do jakiejś norki tych zwierząt. I faktycznie wychodziły z nich i ustawiały się pyszczkiem do zachodzącego słońca. Widok przezabawny!

Po tych obserwacjach wróciliśmy do aut i przeszliśmy chrzest bojowy z rozkładaniem naszych dachowych domków. Nie było to takie proste, zwłaszcza, że instruktaż otrzymaliśmy jedynie ustny i dość pobieżny. Dzielni panowie, przy salwach śmiechu sprostali zadaniu i kolacji udaliśmy się na zasłużony wypoczynek.

To była koszmarnie zimna noc! Nie wszystkie śpiwory okazały się wystarczająco ciepłe. Cześć grupy nie może więc zaliczyć tej nocy do udanych.

25.06.2019 Pobudka była bardzo wczesna, bo o 7.30 przyjeżdżał po nas przewodnik, by zabierać nas na obserwację gepardów. Ubraliśmy się w kilka warstw (przed wschodem słońca temperatura oscylowała w okolicy 5 stopni. Kiciusie były cudne. Zajmują ogromy ogrodzony teren. Mieszkają tu koty, które uratowano z rozmaitych opałów, wyleczono lecz nie można było zwrócić ich naturze, bo nie poradziłyby sobie na wolności. Pojechaliśmy oglądać je odkrytym jeepem, z którego nie wolno wysiadać. Mimo, że koty są przyzwyczajone do samochodów, trzeba pamiętać, że są to dzikie, drapieżne zwierzęta.

Po wykonaniu dziesiątek zdjęć udaliśmy się na Bushman Walk czyli spacer do wioski Buszmenów ludu San. Bardzo chciałam ich spotkać. Badania genetyczne wykazały, że są najstarszym narodem świata o największej różnorodności genetycznej. Są więc ludem bardzo pierwotnym i mającym z nami wszystkimi wspólnych przodków. Są bardzo delikatnej budowy o złotej skórze i niezwykle urodziwi. Dwóch panów pokazało nam jak żyło się kiedyś na Kalahari. Zademonstrowali, jak upolować strusia, odnaleźć wodę czy wyleczyć np. kaszel. 

Żyją w zgodzie z naturą, czerpią ze skarbów dostarczanych przez naturę niezwykle mądrze i bardzo humanitarnie. Np. gdy upolują mrównika z jego żołądka jeszcze żywe termity zwracają termitierze, gdy podbierają jaja strusiom nigdy nie zabierają wszystkich i nigdy nie zabierają jaj z pisklakiem w środku itd. Zrobili na mnie ogromne wrażenie.

Sama pustynia jest przepiękna. Podczas spaceru obserwowały nas strusie i springboki. 

Po śniadaniu nadeszła pora opuszczenia tego wspaniałego miejsca. Asfalt skończył się bardzo szybko. Droga szutrowa była bardzo dobrze utrzymana, ale i tak nasza prędkość przelotowa uległa znacznemu zmniejszeniu. Niestety tym razem nie wyliczyliśmy czasu na przejazd zbyt precyzyjnie. Nasz zbytni optymizm spowodował, że z duszą na ramieniu dotarliśmy do bram kempingu już po zachodzie słońca, przekraczając dopuszczalny czas jazdy po drogach publicznych o około godzinę. Na szczęście bezpiecznie wjechaliśmy za bramę i, już w ciemnościach, odnaleźliśmy przydzielone nam miejsce. Rozłożenie namiotów odbyło się o wiele sprawniej i po sutej kolacji padliśmy na zasłużony wypoczynek.