Dopiero teraz, podczas pisania relacji, uświadomiłam sobie, jak dużo różnorodnych rzeczy zobaczyliśmy i doświadczyliśmy w Nowym Meksyku. Aż postanowiłam post podzielić na dwie części.


14.07
rano śniadanie i jedziemy w kierunku Alamogordo zobaczyć White Sands National Monument. Zaplanowaliśmy tam piknik. Po drodze, w supermarkecie zrobiliśmy zakupy spożywcze i w drogę! 
Zobaczyłam, że możemy tam dotrzeć dwiema trasami, jedna z nich przebiegała przez miasteczko o wdzięcznej i nieco niecodziennej nazwie Truth or Consequences! Musieliśmy tam zajrzeć! 
Miasteczko biedne i nieduże i właściwie poza nazwą nie było niczego ciekawego, chociaż… był sklep z koszulkami i przedziwnymi gadżetami i jeszcze przedziwniejszym właścicielem. Zapędził część naszej grupy, która zakupiła koszuli pod ścianę, ubrał ich w rogi reniferów i zrobił fotę… hmmmm. Też zrobiłam. To było naprawdę cudaczne.


Mieliśmy nadzieję, że na ten dzień nie przewidziano żadnych testów rakiet, bo na ich czas park i droga wiodąca do niego są zamykane. Na szczęście oszczędzona nam tej „atrakcji”.


Białe Piaski bardzo nam się spodobały. Znalezienie się wśród białych, jak śnieg wydm w upalny, letni dzień jest doświadczeniem zadziwiającym. Poczucie odrealnienia potęgują biała, odgarnięta pługiem droga i gdzieniegdzie rosnące pustynne rośliny np. jukki. Jakbyśmy znaleźli się w objęciach śnieżnej zimy a na termometrze +33 stopnie C.
Dzień był pochmurny a i tak nie dało się podziwiać krajobrazu bez okularów przeciwsłonecznych. Prawdę mówiąc nie wyobrażam sobie jak tam jest podczas słonecznej pogody. 



W obrębie parku są przygotowane miejsca piknikowe, można też wchodzić na wydmy. Dzieciaki z nich zjeżdżały na jabłuszkach jak po śniegu. Piasek jest bardzo miałki i chłodny. Jest to czysty gips. Zalegał na dnie prehistorycznego morza i w efekcie bardzo wielu czynników geologicznych oraz ostatniego zlodowacenia pozostał w tym miejscu. Bardzo rzadko można go spotkać w takim stanie, bo jest bardzo łatwo rozpuszczalny w wodzie i spływa z rzekami do mórz. Ta kotlina jest bezodpływowa, więc nie miał gdzie spłynąć i tylko wiatr przegania wielkie wydmy. 




Zjedliśmy pyszny obiad, pobaraszkowaliśmy na wydmach (trochę nas głupawka ogarnęła) i udaliśmy się na noc do odległego o ponad 120 mil, kolejnego fascynującego miejsca. Tym razem nie był to cud natury a niezwykle tajemnicze zdarzenie, które miało miejsce ponad 70 lat temu… mowa o Roswell 🙂
15.07
Tego dnia najważniejszym punktem naszej wyprawy był Park Narodowy Carlsbad Caverns. Jednak rano, po śniadaniu nie mogliśmy odmówić sobie wizyty w Międzynarodowym Muzeum UFO 🙂
Samo „muzeum” potraktowaliśmy z przymrużeniem oka, a i Roswell wydało nam się wielce zabawne. Na każdym kroku kosmici wyglądają zza rogu 🙂

Kolejny etap to obiecany Carlsbad Caverns NP. Absolutny czad. Jest to zespół ogromnych jaskini z nieprzeciętnej urody efekty zjawisk krasowych każdego typu. Samo wejście jest już spektakularne. Przez dwie godziny schodzi się stromym, krętym chodniczkiem do wnętrza ziemi. Czułam się jak bohaterka powieści Juliusza Verne’a. Jest bardzo cicho (strażnicy proszą wszystkich o prowadzenie rozmów szeptem), chłodno ok. 13-15 stopni i dość wilgotno. Z sufitów zwieszają się imponujące stalagtyty, z dołu wystają ogromne stalagmity często łączące się w gigantyczne kolumny. Po 2 godzinach wchodzi się do tzw wielkiej sali- gigantycznej jaskini, której obejście po wytyczonej ścieżce zajmuje 1,5-2 godzin! Jakiś pisarz powiedział kiedyś, że to taki Wielki Kanion tylko zadaszony. Zgadzam się z tą opinią. To miejsce jest po prostu niesamowite. Wszystko jest subtelnie podświetlone, porusza się tam więc w ledwie rozproszonym mroku. Warto się tam wybrać. Właściwie mam problem ze skleceniem sensownej i zadowalającej opinii. trzeba być chyba poetą, a ja jak wiecie raczej liczyć potrafię. 😉 Zdjęcia niestety też mamy takie sobie, bo nie zabraliśmy statywu 😦

Pod ziemią straciliśmy rachubę czasu. Kiedy dotarliśmy do wind (tak, można wydostać się na powierzchnię windą- 750 stop głębokości) i spojrzeliśmy na zegarki, ciut się przeraziliśmy. Mieliśmy do przejechania 250 mil (do Deming) i zaplanowaną kolację w El Paso a była już 17. Czym prędzej wyjechaliśmy na powierzchnię a tam następna niespodzianka- front burzowy tuż tuż.
Nasi nieocenieni kierowcy sprawnie i bezpiecznie dowieźli nas do wymarzonej przez Marka restauracji serwującej steki. Bo jak wiadomo stek tylko w Teksasie 😉
To bylo ciekawe doświadczenie. Po pierwsze podłoga zaścielona była jakimiś plewami. Bo chwili okazało się, że to skorupki orzeszków ziemnych, które wszędzie były: w kubełkach, beczułkach i innych pojemnikach. Ilości przepotężne. Do tego podpatrzone etykieta tego miejsca nakazywała zrzucać skorupki pod nogi! Śmiesznie było.
Jedzenie było znakomite, a mięsa absolutnie przepyszne. 

Ukontentowani mogliśmy udać się na nocleg. Dotarliśmy go motelu tuż przed północą, była to kolejna, gościnna La Quinta.
16.07
Dziś zaplanowaliśmy spotkanie grup. Celem jest więc Scottsdale koło Phoenix, gdzie mamy wynajęty dom, czyli 330 mil do przejechania. Pierwszym przystankiem po drodze zostało małe, usytuowane na uboczu miasteczko o jakże wdzięcznej nazwie Tombstone 😉
Znane jest głównie z tego, że reprezentujący prawo Wyatt Erpe zastrzelił w spektakularnej strzelaninie słynnego bandytę bandytę zwaną Billy the Kid.
Wjechaliśmy w granice miasta a tam… western. Normalnie plan filmowy. Taki skansen ale w którym normalnie mieszkają i pracują ludzie. Klimatu dopełniają przechodnie ubrani w stroje z epoki gorączki srebra (w Tombstone była bogata kopalnia). Sympatyczne i zabawne miejsce. W Saloonie wypiliśmy piwko/drinka i pojechaliśmy dalej. Ostatnie 5 dni naszej wyprawy spędzimy w słonecznej Arizonie.