10.07 wtorek
Dzień, w którym nasza 14 osobowa grupa rozdzieliła się na tydzień. My z Białkami podążyliśmy w stronę Nowego Meksyku a Łaki i Lenki postanowili pokręcić się jeszcze 2 dni po okolicach Page a potem udać się do Arizony. Grupy miały się połączyć w naszym ostatnim domu w Scottsdale koło Phoenix.
Ruszyliśmy zatem do drogi 89A, która jest niezwykle widokowa. Podróż trwała dość długo, bo co chwilę zatrzymywaliśmy się pełni ochów i achów na „tylko jedno zdjęcie”. Parę razy też udało nam się wypuścić drona.
Marble Canyon jest prześliczny, przespacerowaliśmy się mostem Navajo, zamoczyliśmy stopy w zimnym nurcie Green Colorado, podjechaliśmy do biura Navajo w Page, zapytać czy nie znaleźli naszego dekielka do obiektywu (wypadł Kici z kieszeni podczas wizyty w Antelope Canyon), niestety nie znaleźli. Na koniec dotarliśmy do Flagstaff, gdzie zrobiliśmy zakupy ciuchowe. 
Po zakupach, mocno przegłodzeni zdecydowaliśmy się na kolację w Galaxy Dinner. Co za miejsce! Czas zatrzymał się w latach 50-tych. Wypiliśmy legendarne szejki lodowe. Zjedliśmy steki czy co tam kto zamawiał. Było MEGA!!
 Nocleg mieliśmy w motelu w Holbrook. I tu mała przygoda. Podjeżdżaliśmy już do motelu, gdy nagle Marek zatrzymał się na pasie do skręcania i został na nim.
Pogoniłam chłopaków, żeby pobiegli sprawdzić co się stało- zabrakło mu paliwa. Na szczęście stacja benzynowa była nieopodal, więc zapchali auto pod dystrybutor. W międzyczasie przejeżdżające auta zatrzymywały się oferując pomoc. To jednak kraj uczynnych i miłych ludzi. Niestety Supe8 nas tym razem zawiódł. Pokoje waniały jakimiś ropopochodnymi. Nasz udało się wywietrzyć, Białków niestety nie L
11.07 środa
Przejechaliśmy przez centrum Holbrook- dawną drogą 66. Zatrzymaliśmy się na chwilkę przy Wigwam Motel. miejsce to nie zmieniło się na przestrzenie ostatnich lat. Chester E. Lewis wybudował go w 1950r. na podstawie oryginalnego projektu Franka A. Redforda z 1935r.. Zarządzał nim do 1974r. kiedy to drogę 66 zastąpiono międzystanową I40. Po jego śmierci synowie dokonali jego renowacji i w 1988 na nowo otworzyli. Rodzina Lewis zarządza nim do dziś.
Dziś kolejny park narodowy- Petrified Forest. Byliśmy w nim w 2012 r. ale ponieważ dojechaliśmy tu bardzo późno mieliśmy tylko godzinę na zwiedzanie i odczuwaliśmy ogromny niedosyt. Tym razem przeznaczyliśmy na niego ponad pół dnia. 
Kto znajdzie Bartka wygrywa uścisk dłoni prezesa 😀

Było super. Wszędzie kłody skamieniałego drewna, przepiękna pustynia pstra. Tylko pogoda nie dopisała/. Było pochmurnie i wietrznie. Z jednej strony fajnie, bo nie było gorąco z drugiej zdjęcia nie wychodziły takie piękne, jak w słoneczny dzień. Widzieliśmy wokół burzowe chmury rozświetlane piorunami, do nas jednak nie doszły.

pustynia pstra
Po skromnym obiedzie ruszyliśmy do Santa Fe. Tym razem spaliśmy w La Quinta- bardzo godziwy, o niebo lepszy od poprzedniego. Po sąsiedzku była sieciowa restauracja Applebee’s do której udaliśmy się na smaczną i obfitą kolacyjkę J

selfie z burgerem 😀

12.07
Santa Fe okazało się uroczym, niezwykle klimatycznym miastem. Całe zabudowane budynkami w stylu Adobe. Nisko, brązowo, wszędzie kwitnące kwiaty. Na każdym kroku galerie sztuki i sklepy z rękodziełem ludowym. Nawiązania do twórczości Georgii O’Keeffe widoczne są na każdym kroku. Mieszkańcy są dumni, że właśnie Santa Fe wybrała na swój drugi dom. Okolice Plazy są pełne uroczych sklepików, Marek stwierdził, że starówka jest jak jeden wielki Desigual :D. Madzia oszalała! Wyszło jaka z niej sroka J

pierwsza indiańska katolicka święta
była i nasza Cepelia
Po kawce ruszyliśmy na północ odwiedzić pueblo Taos- najstarszą zamieszkałą osadę w Stanach Zjednoczoych. Ślady osadnictwa w tej dolinie sięgają 3000 lat p.n.e. Niektóre z domów powstały między rokiem 1000 a 1450. Indianie, jak zwykle zrobili ze zwiedzania przemysł i kasowali za wejście do pueblo po 14$ od osoby (przy grupie ponad 8 osób).
Miejsce ciekawe i bardzo fotogeniczne. Sama wioska zrobiła na mnie jednak nieco przygnębiające wrażenie. To taki zamieszkały skansen.
Po 2 godzinach spędzonych w wiosce ruszyliśmy w kierunku kolejnego punktu naszej wycieczki Los Alamos. Droga wiodła przez góry, bardzo malowniczymi wąwozami i przełęczami. Samo miasto jest niewielkie, nie oglądaliśmy go dokładnie, bo celem było Bradbury Science Museum. Ekspozycje poświęcone są projektowi Manhattan, który zakończył się wyprodukowaniem bomby atomowej. Przerażające próby i wreszcie „sukces” polegający na zbombardowaniu Hiroshimy i Nagasaki są bardzo dobrze udokumentowane i przystępnie pokazane. Są tam też dwie sale projekcyjne: w jednej wyświetlany jest film o historii projektu Manhattan a w drugiej współczesny zakres prowadzenia badan w laboratoriach Los Alamos. Badania nad bronią jądrową są tu bardzo zaawansowane, wykorzystywane są najnowsze zdobycze nauki i techniki. Wiele procesów jest modelowane cyfrowo a dane obrabiane są przez gigantyczną farmę komputerów. Generalnie na każdym kroku podkreślają rolę swych badań dla pokoju i procesu rozbrojenia, ale tymczasem widać, że doskonalą to narzędzie zagłady. Nie wiem co o tym myśleć.

Po smacznym i różnorodnym posiłku zjedzonym w pobliskiej restauracji chińskiej (typu płacisz za wejście i jesz co chcesz) pojechaliśmy na noc do Albuquerque.
13.07
Mieliśmy przed południem pozwiedzać centrum Albuquerque a po południu pojechać do Socorro. Poranek poświęciliśmy na naprawę opony, z której subtelnie ale konsekwentnie uchodziło powietrze. Dopompowywaliśmy i wystarczało na półtora dnia. Wreszcie postanowiliśmy coś z tym zrobić (mieliśmy wszak full ubezpieczenie) i zadzwoniliśmy do pomocy drogowej z naszej polisy. Uparliśmy się przy tym nie ponosić żadnych kosztów, które nam obiecywali zwrócić, tylko załatwić sprawę bezgotówkowo. Koleś podał nam adres, gdzie mamy się udać. Jakież było nasze zdumienie, gdy okazało się, że to wypożyczalnia przy lotnisku a naprawa koła polega na wymianie samochodu! Po kilkunastu minutowym osłupieniu wyjechaliśmy nowiuśkim Suburbanem, miał 1300 mil przebiegu :D. Fart samochodowy dalej działa.
Wjechaliśmy jeszcze do śródmieścia, znów kupiliśmy pamiątki, wypiliśmy kawę objechaliśmy pół miasta w poszukiwaniu księgarni, bo zwyczajowo uparłam się kupić atlas samochodowy Nowego Meksyku- bez powodzenia. Było o tyle zabawnie, że księgarnia specjalistyczna z atlasami okazała się być firmą produkującą atlasy takie na siłownię :D.

W drodze mieliśmy zatankować, jednak Chevron nie uznał żadnej z naszych kart. Nie zdziwiło nas to, bo stare automaty żądają amerykańskiego kodu pocztowego i niekiedy nie honorują międzynarodowych kart płatniczych. Zaskoczeniem była obsługa, która z uporem maniaka żądała przedpłaty konkretnej kwoty. A skąd ja mam wiedzieć, ile nam do baku wejdzie, skoro nie był pusty? Do tego map nie było (podobnie jak na 10 wcześniejszych stacjach). Obraziłam się i wyszłam z podniesioną głową żądając opuszczenia tego zapowietrzonego miejsca. Kawałek dalej był Shell i karta działała a w środku był…Atlas 😀 Wspaniała stacja!
Dalej już poszło jak z płatka.  W Socorro wrzuciliśmy bagaże do pokoi i popruliśmy, tradycyjnie ścigając się z burzą, na teren Very Large Array- miejsca o którego odwiedzinach marzyliśmy od czasu premiery filmu „Contact”. Towarzyszyła nam niepewna aura, w sąsiedztwie tradycyjnie już goniącego nas frontu burzowego. Dzięki temu niebo zasnute ciemnymi chmurami dodało naszym zdjęciom dramatyzmu a białe anteny odcinały się od niego przepięknie. 
Na miejscu pozwolono nam samodzielnie poruszać się, oczywiście w ramach wydzielonych ścieżek. To była kapitalna wycieczka! Nasze marzenie się spełniło w 80%, Kicia chciał sfotografować szerokie niebo z drogą mleczną, która tu jest niesamowita, z anteną na pierwszym planie. Niestety pogoda na to nie pozwoliła ale i tak było za…eJ