6.07 piątek. Pobudka była skoro świt, bo na 9.30 mieliśmy rezerwację w Antelope Canyon koło Page. Już raz tam byliśmy w 2012r. i wrażenia były nieziemskie. Gdy więc ekipa zasugerowała wizytę w nim, przystaliśmy na to ochoczo.
Ruszyliśmy zatem żwawo i dotarliśmy na miejsce prawie godzinę przed czasem (a pół przed planowaną rejestracją w biurze Navajo). Był czas na śniadanko i kawkę w barze po sąsiedzku. Pysznie i nawet włoskie espresso podawali, cappuccino też J
Do Antelope Canyon zawieźli nas wielką terenówko-ciężarówką, w której na pace siedzi grupa12 osobowa.

Podjechaliśmy do wejścia i nasz przewodnik Sani zaczął opowieść i tym miejscu. Słuchałam jednym uchem kontemplując widoki i zaciekle fotografując. Jest to przepiękne miejsce, warte wydanych 48$/osobę.

Kolejnym przystankiem była zapora Glenn Dam, którą obiecałam Piotrusiowi (zamiast tamy Hoovera). W Visitor Center zarezerwowaliśmy godzinną wycieczkę na wczesne popołudnie.

W czasie, którego mieliśmy ponad 3 godziny, postanowiliśmy podjechać na słynny szlak Horseshoe bend. Jest to zakole rzeki Kolorado. Wycięła w tym miejscu głęboki kanion i postanowiła zawrócić opływając samotny „kamień”. Kolejne miejsce, które zdecydowanie lepiej pokazać na zdjęciu niż opisywać.
Wojtek na ławce w parku 😉

Upał był nieziemski, ponad 40 stopni. Dojście do krawędzi urwiska i powrót okazały się koszmarnie trudne w tych warunkach (do przejścia jest zaledwie mila, ale ten ukrop i nie ma grama cienia). Obfotografowaliśmy wszystko i doczołgaliśmy się do naszych cudownie klimatyzowanych aut.
Po tym doświadczeniu zdecydowaliśmy, że dalej zwiedzamy „po amerykańsku” czyli podjeżdżamy do ciekawego miejsca, pstryk pstryk i do auta. Zrobiliśmy tą metodą jeszcze kilka fotek jeziora Powella i wróciliśmy do Visitor Center tamy, na naszą wycieczkę. Niestety z powodu „ekstremalnego upału” wycieczkę odwołano. Klątwa jakaś nad tym zwiedzaniem tam się unosi!
Wróciliśmy więc do Kanab. W nocy dotarli do nas Łaki.
7.07 sobota. Postanowiliśmy wyspać się i koło południa przejechać Cottonwood Road (szutrowa) do Kodachrome Basin State Park. To dla tej drogi wypożyczyliśmy SUVy. Łaki postanowili odsapnąć, więc ruszyliśmy w trzy auta.
Droga malownicza, nawierzchnia niezła, dałoby się ją pokonać zwykłym samochodem. Nasz Suburban parł z przodu jak czołg, za nami Rav4 i Subaru Outback. Słońce paliło. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się na sesję zdjęciowe lub by wypuścić drona.
I tak wolnym tempem przejechaliśmy pierwsze 20 mil. W oddali niebo ciemniało coraz bardziej zwiastując monsunową burzę.
Niestety front burzowy zaczął niepokojąco zbliżać się do nas. Spadły pierwsze krople deszczu. Po chwili deszcz zaczął już mocniej padać, nie była to jeszcze ulewa i… nasz czołg zaczął sunąć bokiem. Po lewej była bardzo stroma skarpa, po prawej zbocze góry. Kicia z największym trudem opanował bestię i zatrzymaliśmy się u podnóża górki. Nie dało się jechać, było koszmarnie ślisko, papka z namoczonego pyłu oblepiała opony uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Utknęliśmy na dobre. Na domiar złego po jakimś kwadransie ulewy za naszym autem, spomiędzy górek zaczął wypływać strumień wody z błotem, który przecinając drogę spływał do wąwozu po drugiej stronie. Wody było coraz więcej, strumień rozszerzał się i rozszerzał… Uspokajałam się, że nasza bryka waży 2,5 tony, to nie tak łatwo ją ruszyć… ale na tej mazi…
Po półtoragodzinnym postoju przestało padać a z góry zjechały dwa niemiłosiernie ubłocone samochody. Ich kierowcy powiedzieli nam, że na górze jest makabrycznie niebezpiecznie, strasznie leje i droga zamieniła się w potok błota. Zasugerowali nam zawrócenie.
Łatwo powiedzieć, droga szeroka nie była a nasze auto miało 5,6m długości. Na pierwszy ogień poszło Subaru Białków, jako najlepiej radzące sobie w tych warunkach (ach ta legendarna, cudowna, mechaniczna kontrola trakcji) i w razie czego mogliby wezwać pomoc dla reszty (zasięgu żadnej sieci komórkowej nie odnotowaliśmy tam). Kolejna była RAV4 mająca, jak się okazało, napęd jedynie na przednią oś. Ściągało ją na prawo w stronę krawędzi wąwozu a wtedy idący obok Piotruś spychał ją na właściwy tor. Samochód posłusznie ślizgał się w drugą stronę jakby był zabawką. Udało się. Teraz nadeszła kolej na naszego potwora, tego już się tak spychać nie dało, miał zbyt potężną masę. Ale po zawróceniu na  kilka razy zaczął dość prosto jechać.
Wracając dotarło do nas, że mieliśmy masę szczęścia. Po około mili droga zrobiła się sucha jak pieprz. Nas złapał tylko skraj chmury. Co byłoby, gdyby to była właściwa burza, wolę nie myśleć. Przygoda zakończyła się bez strat, ale na 2 dni skutecznie zniechęciła nas do eksplorowanie nieutwardzonych szlaków, bo burze szalały cały czas. Dowiedzieliśmy się też, że o ile w głębokim błocie można po prostu ugrzęznąć, to ta dość płytka maź jest zdecydowanie niebezpieczniejsza.
8.07 niedziela. Następnego dnia pojechaliśmy do Bryce Canyon NP. Po drodze w Red Canyon SP zrobiliśmy mały spacerek wśród skał a potem przejechaliśmy granicę parku narodowego.
Pokontemplowaliśmy przepiękne widoki na czerwone skały. Niestety nie weszliśmy na żaden szlak, bo strażnicy parkowi ostrzegali, żeby tego nie robić. Podczas burzy w skały biją pioruny i przebywanie wśród niech jest bardzo niebezpiecznie. Nie zdążyliśmy odwiedzić wszystkich punktów widokowych, bo rozszalała się nawałnica. Tradycyjnie umknęliśmy jej sprzed nosa, ale Lenków dopadła w Visitor Center i zostali w nim uwięzieni przez strażniczkę, która nie zezwoliła wyjść na parking do auta ze względu na uderzające raz za razem pioruny.
My w tym czasie w ósemkę udaliśmy się do pobliskiej gospody na obiadek suto podlany lokalnym piwkiem. Tam przeczekaliśmy ulewę i wróciliśmy do Kanab. Postanowiliśmy kupić coś mocniejszego do kolacji. Nie było łatwo, kraina Mormonów utrudnia alkoholizowanie się obywatelom. Przemiła Pani w supermarkecie powiedziałą, żebyśmy pojechali 7 mil drogą 89, tam na granicy z Arizoną był „Border Shop” a w nim wszelkie dobro :D. Pojechaiśmy i kupiliśmy. Nawet ceny normalne mieli :), jak w Znojmo.
Wieczorkiem odwiedzili nas Mario i Gosia, posłuchali o naszej przygodzie na Cottonwood Road i zrezygnowali z podążenia naszym śladem.
9.07 poniedziałek. Kolejny dzień to wizyta na północnej krawędzi Wielkiego Kanionu.  Strażnik powitał nas poprawną polszczyzną 🙂 Miłe to było i dość zaskakujące. Podobały mu się nasze flagi na lusterkach. Gdyby nie one pewnie skończyłoby się na hallo.
Co tu gadać. Była to nasza czwarta wycieczka nad Wielki Kanion i muszę stwierdzić, że nic a nic nam nie spowszedniał. Jest epicki. Można się na niego gapić godzinami i cały czas dostrzegać coś nowego. Ogrom i piękno porażają. Północna krawędź jest do tego dziksza i rzadziej odwiedzana. Oferuje inne widoki, bo jest położona wyżej (2200-2700m n.p.m. a południowa około 1800 m n.p.m). Latem polecam więc północną a w pozostałych porach roku południową. W okresie od października, do maja droga na krawędź północną, z powodu opadów śniegu, jest zamknięta.
Tradycyjnie powitały nas bizony 🙂
To była przepiękna całodzienna wycieczka. W Grand Canyon Lodge zrobiliśmy zakupy pamiątkowe, zjedliśmy przygotowane kanapki i napiliśmy się drinka w barze. Było naprawdę miło.
I wyjazd. Bizony tym razem nie pojawiły się.
Wieczorem pogrillowaliśmy i odpoczęliśmy.  Rano czekało nas pakowanie i wyjazd w dalszą drogę.