Ależ kicha!!!
zniknął mi opis trzech dni!

Niedziela zaczęła się od obfitego i pysznego śniadania w naszym dziwnym motelu. Motel Lees Ferry Lodge polecam gorąco! Jest jak z filmu.
Ponieważ mieliśmy zarezerwowaną wycieczkę do Antelope Canyon na 15.30 mieliśmy sporo czasu na objazd okolicy.
Na pierwszy ogień poszły dziwne kamienie pod Vermillion Cliffs, następnie dzika rzeka i most Navajo. Bardzo ładne widoki.

 Potem ruszylliśmy do Page, zatrzymując się jedynie na chwil kilka na tamie na rzece Glen oraz nad jeziorem Powella i pstrykając kilka fotek.

Około 15, z rosnącym podekscytowaniem pognaliśmy do biura Navajo. Zapłaciliśmy po 35$ od łebka i załadowali nas na pakę wielkiego trucka. Przypięliśmy się pasami i wielki Indianin z ponurą miną ruszył. Ależ oni grzeją. Pędził przez pustynię, że mało nam łbów nie pourywało. Nie ukrywam, że w tym koszmarnym skwarze było to nawet przyjemne. Postanowiłyśmy z Manią robić wieś i wykrzykiwałyśmy piosenki w stylu: „Jedziemy autostopem” czy „Góralu czy ci nie żal”.
Po dotarciu na miejsce, szczęki nam w piach opadły. Co Wam będę gadała, sami popatrzcie

Byliśmy tam prawie do piątej a Indianin okazał się bardzo miłym i uczynnym przewodnikiem.
Ruszyliśmy do Monument Valley. Niestety dotarliśmy do Kayenta tuż przed zachodem słońca. Zabrakło nam dosłownie kwadransa, żeby zobaczyć ostańce spowite w czerwień zachodzącego słońca.
Cóż było robić, ruszyliśmy na poszukiwania noclegu. Pierwsze dwa miejsca okazały się rozczarowujące. Trzecie za to super! Był to Kayenta Monument Valley Inn. Prowadzony przez Indian, czysty i gustownie urządzony motel. Wielkie pokoje, duży basen i to za rozsądna cenę.
Poniedziałek
Rano pyszne i obfite śniadanku i popruliśmy, wczoraj zbadaną drogą do znanej wszystkim z westernów doliny.
przez Monument Valley została wytyczona nieutwardzona droga. Jedzie się nią chwilami dość ciężko (głęboki piach i kamienie). Widoki jednak wynagradzają wszelkie niedogodności. Samochodom osobowym o niepodwyższonym zawieszeniu zdecydowanie odradzam wjazd! Czułam się jak na planie westernu w Johnem Waynem….

Mieliśmy objechać dolinę w półtorej godziny, zrobiliśmy to w 2,5. I to bez ociągania się.
Po wyjedzie stamtąd mieliśmy dotrzeć do Flagstaff. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy nieco dłuższą drogą i spróbujemy wpaść przed wieczorem do kolejnego parku narodowego Perified Forest NP.
Całą drogę jechaliśmy przez rezerwaty Indian. Ponure domostwa w spalonej słońcem okolicy…
I znów tuż przed zachodem słońca dotarliśmy na miejsce. Zadziwiający park. Przepiękne widoki na Painted Desert a dalej kłody skamieniałych drzew. Do tego nierealnie wyglądające niebo, z jednej strony chmury burzowe, z drugiej zachodzące słońce. PIĘKNIE

Zostaliśmy tam do 20.30 i pojechaliśmy do naszego motelu we Flagstaff. Czekała nas pierwsza w tej podróży przykra niespodzianka. Z powodu bliżej nieokreślonej awarii zostaliśmy rozdzieleni i my z Łakami wylądowaliśmy w Econolodge w śmierdzących pokojach dla palaczy. Potem okazało się, że prawdziwie śmierdzący pokój to miała Lidzia.
W nocy kolejna przygoda. W ścianę budynku naprzeciwko naszych pokoi wbił się samochód osobowy. Waldi ruszył na pomoc. Na szczęście kierowcy nic się nie stało a służby ratunkowe pojawiły się bardzo szybko.
Wtorek
ufff przeniesiono nas do wypasionego Days INNa z dużym basenem czystymi pokojami i pralnią 🙂
Cały dzień spędziliśmy w okolicach Sedony. Najpierw dzieciaki popluskały się w rzece w tzw Slide Rock. Potem przejechaliśmy przez Sedonę do kościoła na skale, ktory zamiast ołtarza ma wielkie okno na dolinę a potem Łaki pojechali na południe w poszukiwaniu wielkich kaktusów Saquaro a my do klimatycznego ghost town Jerome. Urocze miasteczko, jakby żywcem przeniesione z początków ubiegłego wieku. Dużo spokojniejsze od Sedony, no i było prawdziwe włoskie espresso. Mnie i Kicię zachwycił sklep z kalejdoskopami. Wyobrażacie sobie spory sklep a w nim same kalejdoskopy? duże i małe, prawdziwe dzieła sztuki. Zaglądaliśmy w każdy, zaprzyjaźniliśmy się ze sprzedawczynią i dostaliśmy na pamiątkę jeden mały 🙂

Po powrocie do Flagstaff pojechaliśmy z Kicią do Best Buy’a i kupiliśmy mi wymarzonego MacBooka Air 🙂 śliczny on. W powrotnej drodze do hotelu kupiliśmy jedzenie na wynos w tej samej tajskiej knajpce, co trzy lata temu. Było pyszne.
Łaki wrócili koło północy, zmęczeni lecz szczęśliwi. Upolowali kaktusy i zjedli obiad u Amiszów.
Jutro jedziemy do Las Vegas!!!